Moja ordynacja będzie miała miejsce w 150 lat po akcie ordynacji pierwszej kobiety w świecie współczesnym. W Stanach Zjednoczonych została wówczas ordynowana pani pastor Antoinette Brown. W Republice Czeskiej mija w tym roku 50. rocznica ordynacji pastora-kobiety, itd. Jestem pierwsza kobietą w KE-R w Polsce, którą spotyka taki zaszczyt. Sprawia to, że odczuwam wagę i odpowiedzialność za to, że dotyka to mnie. Długo też na to pracowałam. Ze wszystkich sił i możliwości starałam się jak najlepiej służyć ludziom i swemu Kościołowi łącząc tę pracę z obowiązkami żony matki i nauczycielki.

Ogarnia mnie też coraz większa tęsknota za wiarygodnością. W czasach szerzącej się we współczesnym społeczeństwie deprecjacji urzędu duchownego, gdy niemal we wszystkich środkach masowego przekazu daje się słyszeć słowa stanowczej (bądź zawstydzonej) krytyki osób duchownych różnych wyznań, moją głęboką prośbą jest, by Bóg zechciał chronić Swój Kościół i mnie samą przed umniejszeniem wartości funkcji sługi Słowa Bożego.

Kilka słów o mnie:

Urodziłam się i wychowałam w rodzinie ewangelicko-reformowanej o głębokich tradycjach wyznania braci czeskich. Moje miasteczko zostało powołane do życia przez uciekinierów z powodów religijnych z terenów obecnych Czech i Moraw.
Wspomnienia losów prześladowanych przodków były żywe, tak w moim domu, jak i w domach znacznej większości członków naszej parafii. Podkreślano, że głęboka i żywa wiara w Jezusa Chrystusa zawsze będzie łączyć się z prześladowaniami religijnymi. Zachęcano do wertowania Pisma Świętego, życia zgodnego z jego prawdami i pełnym odpowiedzialności wobec Boga i bliźniego. Szczególnie babci zawdzięczam zaszczepienie głębokich wartości religijnych. Mimo niepokoju, jaki można było tymi opowieściami zasiać w dziecięcej głowie, wpoili mi moi dziadkowie oraz rodzice tę właśnie głęboką wiarę i nauczyli angażowania się w codzienne życie parafii oraz społeczności, w której mieszkam.
W efekcie chętnie włączałam się w prowadzenie spotkań grupy młodzieżowej, głównie w zakresie opracowywania tematyki biblijnej. Mój duszpasterz, obserwując moje zainteresowania, starał się we mnie w jakiś sposób inwestować. Zachęcał m.in. do wkładania jak największych wysiłków w naukę języków obcych ze względu na to, że miał zamiar wysłać mnie do szkoły biblijnej w Wielkiej Brytanii. W międzyczasie zachęcał mnie do angażowania się w wykładanie prawd biblijnych dzieciom podczas lekcji Szkółki Niedzielnej. Muszę przyznać, że nie było to wówczas łatwe. Wyczuwałam poziom odpowiedzialności, jaki będzie na mnie spoczywał, jeśli przystąpię do tej pracy, dlatego, przez pewien czas, odmawiałam księdzu podjęcia się tej funkcji. Niemniej jednak później, za jego gorącą namową, pełniąc już tę służbę zdobywałam pierwsze szlify nauczyciela Biblii.

Zbliżała się matura i musiałam wybrać zawód. Szkoła Biblijna była za daleko i okazała się niezbyt realna. Wybór padł na medycynę leczenie ciała. Ale Ktoś chciał inaczej. Gdy oblałam egzaminy wstępne Mirosław (mój przyszły mąż) z rozbrajającą szczerością przyznał, że o to właśnie modlił się mając nadzieję, że będę mogła pójść w jego ślady (a w przyszłości służyć mu pomocą) i rozpocząć studia teologiczne na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie.

Dziś stwierdzam, że tak właśnie miało być, ale wówczas nie była to łatwa decyzja. Chociaż to właśnie było zawsze sednem moich najskrytszych marzeń i wyobrażeń o życiu - praca z Żywym Słowem zaczerpniętym z Biblii i drugim człowiekiem - oraz wszystko, co się pod tym kryje, prowadzone miłosierną ręką Bożą. Były to moje marzenia, ale rzeczywistość nie pozwalała myśleć o tym odważnie i realistycznie. W tamtych czasach rola kobiety w Kościele ograniczała się do wolontariatu - nauczyciel Szkółki Niedzielnej nie pracował na żadnym etacie. I, choć skrycie marzyłam o takiej pracy oraz o możliwościach kaznodziejstwa na szerszym polu, to nie śmiałam się do tego przyznać nawet sama przed sobą, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego, że to było wówczas niemożliwe, więc głową muru nie przebiję. Nie wiedziałam wówczas, że gdybym mieszkała w każdym europejskim kraju poza Polską, mogłabym być w swoim Kościele pastorem i ubiegać się o powierzenie mi parafii jako pełnoprawny człowiek, który też może być godny powierzenia mu odpowiedzialności i zaufania.

W trakcie studiów wyszłam za mąż za człowieka, który zachęcił mnie do odwagi i robienia tego, o czym mogłam dotąd tylko marzyć. Mąż, człowiek energiczny i przebojowy, był i jest moim wsparciem. To taki człowiek, któremu bez wahania, zgodnie z biblijnymi zasadami, mogę ulegać. Dzisiaj mój mąż jest pastorem od 21 lat. Razem pracujemy wciąż w jednej i tej samej parafii (dla mnie jest ona moją macierzystą). Ja jestem w Zelowie nauczycielką religii. Ale od początku, ilekroć mąż miał obsługiwać pozostałe parafie, które podlegały jego administraturze (zbory w Pstrążnej i Strzelinie), co najmniej raz w miesiącu przez 10 lat odprawiałam nabożeństwa. Nigdy nie spotkałam się z negatywną uwagą co do mojej płci. Jedyne spostrzeżenia dotyczyły stopnia głośności moich kazań (mówiłam za cicho - innych uwag nie znam, co nie znaczy, że ich nie ma, bądź nie było...). Gdy wypełniał inne obowiązki, m.in. przez trzy miesiące przebywał na studiach zagranicą, bądź gdy z powodu poważnego złamania nogi został unieruchomiony, zastępowałam go w pracy parafialnej społecznie. Organizowaliśmy również wspólnie nową parafię w pobliskim Bełchatowie. Gdy zaszła potrzeba, prowadziłam sakramenty Chrztu Świętego, pierwszą część pogrzebu - tzw. wyprowadzenia z domu do kościoła, studia biblijne w tygodniu, spotkania młodzieżowe, odwiedziny u parafian, rozmowy przedchrzestne i przedślubne. Do dziś wspieram męża w pracach kancelaryjnych i niektórych sprawach administracyjnych. Sporą część czasu zajmują mi dodatkowe prace tj.: tworzenie i wydawanie kalendarza - informatorium o życiu parafii, prowadzenie trzech zespołów "Zelowskie Dzwonki" (jedyne w Polsce zespoły grające na amerykańskich dzwonkach ręcznych), koncerty, praca z dziećmi - dwa razy do roku półkolonie dla min. 120 dzieci dziennie, i z młodzieżą - językowe obozy biblijne.

Zaskakujące jest dla mnie to, że świadectwo naszego domu spowodowało, iż jedynymi studentami Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej przez ostatnie lata byli jedynie członkowie naszej parafii. A wielkim zaskoczeniem było to, że nawet nasze własne dzieci wybrały ChAT jako uczelnię, na której chciały studiować. Syn Jan Amos wybrał pedagogikę szkolną i korekcyjną na ChAT a córka Ewa Milena - teologię.

Nie sądźcie, żebym była spokojna o ich przyszłość. Patrząc wstecz na własną drogę życiową, pytam, czy aż tyle muszą przejść, by uznano ich prawa?
A może jednak to, co się dzieje teraz ze mną spowoduje, że za kilka lat nikt już nie będzie zwracał uwagę na płeć sług Bożych czy też pedagogów - mężczyzn, którzy mam wrażenie wyginęli w międzyczasie.

Na pytanie o to, jakiego typu duchownym chciałabym być, odpowiadam - zachęcającym poszczególnego członka zboru do odpowiedzialności za wspólnotę lokalną i społeczność Kościoła oraz pomagającym mu odnaleźć własne miejsce w tej społeczności. Pragnę słuchać tego, co mają do powiedzenia moje siostry i moi bracia oraz chcę pomóc im odkryć to, co Pan Kościoła ma do powiedzenia im samym.